Tymczasem proces księcia przybrał dziwny obrót. Oficerowie wallońscy podnieśli go do znaczenia ogólnej sprawy narodowej. Utrzymywali, że ponieważ grandowie hiszpańscy pozwalają sobie mordować Fla-mandczyków, wypada im opuścić służbę hiszpańską, Hiszpanie natomiast dowodzili, że to był pojedynek, nie zaś morderstwo. Rzeczy tak daleko zaszły, że król nakazał zwołać juntę, złożoną z dwunastu Hiszpanów i dwunastu Flamandczyków, nie dla osądzenia księcia, ale raczej dla rozstrzygnięcia, czy śmierć van Berga należy uważać za zaszłą wskutek pojedynku czy też morderstwa.
Oficerowie hiszpańscy głosowali pierwsi i - jak się można domyślić - zgodzili się na pojedynek. Jedenastu Wallończyków było przeciwnego zdania; nie usprawiedliwiali swego sądu, przede wszystkim zaś najwięcej krzyczeli.
Dwunasty - który głosował ostatni, ponieważ był najmłodszy - dał się już zaszczytnie poznać w kilku sprawach honorowych. Nazywał się don Juan van Worden.
Tu przerwałem Cyganowi, mówiąc:
- Mam zaszczyt być synem tego samego van Wordena i spodziewam się, że w twoim opowiadaniu nic takiego nie usłyszę, co by mogło honor jego na szwank wystawić.
- Mogę zaręczyć - odrzekł Cygan - że wiernie powtórzę słowa margrabiego de Val Florida do jego córki.