Pewnego dnia znajdowałam się w gabinecie mego ojca i usłyszałam nagle hałas na ulicy i okrzyki gromadzącego się ludu. Pobiegłam do okna i ujrzałam mnóstwo ludzi tłoczących się zgiełkliwie i prowadzących jakby w tryumfie złoconą karetę, na której poznałam herby książąt Medina Sidonia. Tłum hidalgów i paziów poskoczył ku drzwiczkom i spostrzegłam wychodzącego mężczyznę nader przyjemnej postaci, w kastylijskim stroju, który na dworze wówczas wychodził właśnie z mody. Miał na sobie krótki płaszcz, krezę, pęk piór u kapelusza, najpiękniejszego zaś blasku jego ubiorowi dodawało złote runo wysadzane brylantami, zawieszone na piersiach. Mój ojciec także zbliżył się do okna.
- Ach, to on - zawołał - spodziewałem się, że przyjedzie.
Odeszłam do moich pokojów i poznałam księcia dopiero nazajutrz; później jednak co dzień go widywałam, gdyż prawie nie wychodził z domu mego ojca.
Dwór wezwał księcia dla spraw wielkiej wagi. Chodziło o uspokojenie wzburzenia, jakie nowy pobór podatków wywołał w Aragonii. W królestwie tym najznakomitsze rody noszą miano r i c o s hombres i uchodzą za równe kastylijskim grandom; ród Sidoniów był najstarszym spośród nich. Wystarczało to do zapewnienia posłuchu słowom księcia; lubiano go zresztą za jego przymioty osobiste. Książę udał się do Saragossy i umiał pogodzić życzenie dworu z korzyścią mieszkańców. Zapytano go, jakiej żąda nagrody. Odpowiedział, że pragnie jakiś czas odetchnąć powietrzem ojczyzny.