Zacząłem wyłamywać drzwi. Spróchniałe deski niedługo opierały się moim usiłowaniom. Wówczas dostałem się do pokoju mamki, wiedząc zaś, że zamykała drzwi na klucz, osądziłem, że mogę bezpiecznie udzielić sobie chwili wypoczynku.
Przejrzałem się w zwierciadle i stwierdziłem, że powierzchowność moja wcale nie odpowiada stanowi, jaki miałem obrać. Wziąłem węgiel z komina, przyćmiłem nieco bladość mojej cery, następnie porozdzierałem koszulę i suknie. Zbliżyłem się do okna i ujrzałem, że wychodzi na ogród, miły niegdyś panom domu, w obecnej jednak chwili zupełnie opuszczony.
Otworzywszy okno, spostrzegłem, że żadne inne nie wychodzi na tę stronę; nie było wysoko, mogłem był skoczyć, ale wolałem użyć prześcieradeł Girony. Wdrapawszy się potem na pergolę, przeskoczyłem z niej na mur ogrodowy i wydostałem się na czyste pole, szczęśliwy, że oddycham wolnym powietrzem i pozbywam się teatynów, inkwizycji, księżnej i jej mamki.
Spostrzegłem z daleka Burgos, ale puściłem się w stronę przeciwną i niebawem przybyłem do nędznej karczmy; pokazałem gospodyni dwadzieścia realów, które miałem starannie zawinięte w papierze, i powiedziałem, że chcę wszystkie te pieniądze u niej wydać. Na te słowa roześmiała się i przyniosła mi za podwójną wartość chleba i cebuli. Miałem przy sobie nieco więcej pieniędzy, ale obawiałem się jej do lego przyznać. Posiliwszy się, poszedłem do stajni i zasnąłem, jak zwykle człowiek zasypia w szesnastym roku życia.