Przybyłem do Madrytu bez żadnej zasługującej na wzmiankę przygody. Gdy wchodziłem do miasta, zapadał zmrok. Odnalazłem dom mojej ciotki: możecie sobie wyobrazić, jak mnie powitała. Jednakże zatrzymałem się u niej tylko przez krótką chwilę, gdyż lękałem się. że moja obecność może zostać odkryta. Przemierzywszy cały Madryt, znalazłem się na Prado, gdzie położyłem się na ziemi i zasnąłem.
Nazajutrz obudziłem się o świcie i przebiegłem place i ulice, szukając miejsca najkorzystniejszego dla mojego nowego zajęcia. Przechodząc przez ulicę Toledo, spotkałem dziewczynę niosącą flaszkę z atramentem. Zapytałem, czy przypadkiem nie wraca od senora Avadoro.
- Nie - odpowiedziała - idę od don Filipa del Tintero Largo.
Przekonałem się. że znano mego ojca nadal pod tym samym nazwiskiem i że dotąd zajmuje się tymi samymi rzeczami.
Jednakowoż należało pomyśleć o wyborze miejsca. Ujrzałem pod przysionkiem kościoła Świętego Rocha kilku żebraków w moim wieku, których powierzchowność przypadła mi do smaku. Zbliżyłem się do nich mówiąc, że przybyłem z prowincji, aby polecić się duszom miłosiernym, że jednak została mi garstka realów, którą chętnie złożę do wspólnej kasy, jeżeli taką posiadają. Słowa te sprawiły na słuchaczach miłe wrażenie. Odpowiedzieli mi. że w istocie posiadają wspólną kasę, złożoną u przekupki kasztanów na rogu ulicy. Zaprowadzili mnie tam. po czym wrócili do przysionka i zaczęliśmy grać w taroka. Podczas gdy z całą uwagą oddawaliśmy się tej grze, jakiś dobrze ubrany jegomość zdawał się nam kolejno bacznie przyglądać. Już mieliśmy krzyknąć mu jakieś głupstwo, gdy uprzedził nas i skinął rozkazująco, abym szedł za nim.