Gdy tak między sobą rozmawiali, przyszła mi na pamięć obietnica, jaką dałem rozbójnikowi, że go odwiedzę o czterysta kroków na zachód od obozu. Wziąłem szpadę i oddaliwszy się na taką odległość od obozu, usłyszałem 'wystrzał z pistoletu. Skierowałem kroki w stronę lasu, skąd wystrzał pochodził, i znalazłem ludzi, z którymi już poprzednio miałem do czynienia. Naczelnik ich rzekł do mnie:

- Witaj, senor kawalerze, widzę, że umiesz dotrzymywać słowa, i nie wątpię, że jesteś równie odważny. Widzisz ten otwór w skale? Prowadzi on do podziemi, gdzie oczekują cię z najżywszą niecierpliwością. Spodziewam się, że nie zawiedziesz położonego w tobie zaufania.

Wszedłem do podziemia, zostawiwszy nieznajomego, który wcale za mną nie zdążał. Postąpiwszy kilka kroków naprzód, usłyszałem łoskot za sobą i spostrzegłem, jak ogromne głazy zawalają wejście za pomocą niepojętego mechanizmu. Słaby płomyk światła, wdzierający się przez rozpadlinę w skale, ginął w ciemnym korytarzu. Pomimo jednak ciemności łatwo postępowałem, droga bowiem była gładka i spadzistość niewielka. Nie męczyłem się więc bynajmniej, ale sądzę, że niejeden człowiek na moim miejscu byłby doznał obawy, zapuszczając się tak bez celu we wnętrzności ziemi. Postępowałem przez dobre dwie godziny; w jednej ręce trzymałem szpadę, drugą zaś wyciągnąłem dla zabezpieczenia się przeciw uderzeniom. Nagle powietrze zadrgało obok mnie i usłyszałem cichy, harmonijny głos, który mi szeptał do ucha:

  WQJJJYM WQYPPGM WQVGGQM WJQYVJM WQBKJVM