Mój ojciec z początku nie zważał na ranę, ale ciało jego tak było poprzednimi pokryte, że nowy ten cios uderzył w dawną bliznę. Pchnięcie szpady pułkownika odkryło postrzał muszkietowy, po którym kula jeszcze pozostała. Ołów tym razem wydostał się na wierzch i dopiero po dwumiesięcznym okładaniu i przewijaniu rodzice moi puścili się w dalszą drogę.

Ojciec, przybywszy do Paryża, natychmiast pośpieszył odwiedzić margrabiego d'Urfe (tak się nazywał pułkownik, z którym miał spotkanie). Był to jeden z ludzi najwięcej poważanych na dworze. Przyjął mego ojca z niewypowiedzianą uprzejmością i obiecał przedstawić ministrowi, jako też pierwszym panom francuskim. Mój ojciec podziękował mu i prosił tylko o przedstawienie księciu de Tavannes, który naówczas był dziekanem marszałków, chciał bowiem zasięgnąć bliższych wiadomości względem trybunału honorowego, o którym zawsze miał wysokie wyobrażenie, często o nim rozpowiadał w Hiszpanii, jako o nader mądrym ustanowieniu, i wszelkimi siłami starał się zaprowadzić go w tym kraju. Marszałek również rad był memu ojcu i polecił go kawalerowi de Believre, pierwszemu sekretarzowi panów marszałków i referendarzowi rzeczonego trybunału.

Kawaler, często odwiedzając mego ojca, spostrzegł raz u niego kronikę pojedynków. Dzieło to tak dalece wydało mu się jedynym w swoim rodzaju, że prosił o pozwolenie pokazania go panom marszałkom, którzy podzielili zdanie swego sekretarza i posłali do mego ojca z prośbą, aby raczył dozwolić na odpis, który miał być na wieczne czasy złożony w aktach trybunalskich. Żądanie to sprawiło ojcu niesłychaną przyjemność i z radością na odpis zezwolił.

  WJZXZXM WQPPVBM WJJQPBM WQZPZVM WQJYKVM