Dzień trzydziesty pierwszy
Obudziwszy się spostrzegłem w dolinie...
Obudziwszy się spostrzegłem w dolinie obóz Cyganów i poznałem po panującym w nim ożywieniu, że mają się ku pochodowi, aby znowu rozpocząć swe błędne wędrówki. Pośpieszyłem złączyć się z nimi. Spodziewałem się licznych zapytań co do mojej nieobecności przez dwie noce, ale nikt się do mnie nie odezwał, tak dalece przygotowania do odjazdu zajmowały każdego. Skoro wszyscy dosiedliśmy koni, kabalista rzekł:
- Tym razem mogę was zapewnić, że dzisiaj do woli nasycimy się opowiadaniem Żyda Wiecznego Tułacza. Nie straciłem jeszcze mojej władzy, jak to zuchwalec sobie wyobraża. Już był blisko Tarudantu, gdy zmusiłem go do powrotu. Jest niezadowolony i idzie - jak może najwolniej, ale mam środki na przyspieszenie jego kroków.
To mówiąc dobył z kieszeni książkę, zaczął odczytywać jakieś barbarzyńskie formuły i wkrótce na wierzchołku góry spostrzegliśmy starego włóczęgę.
- Widzicie go - krzyknął Uzeda. - Łotr! Leniwiec! Zobaczycie, jak się z nim przywitam.
Rebeka zaczęła wstawiać się za winnym i brat jej, zda się, ochłonął z gniewu, wszelako gdy Żyd zbliżył się ku nam, Uzeda nie mógł powstrzymać się od uczynienia mu gwałtownych wyrzutów w języku dla mnie niezrozumiałym. Następnie rozkazał mu kroczyć obok mego konia i ciągnąć dalej opowiadanie swoich przygód od miejsca, w którym je przerwał.