- Bynajmniej - odpowiedział. - Uprzedziłem ich, żaden nie będzie na mnie czekał.
- Senor kawalerze - rzekłem naówczas - pozwól. abym uczynił jeszcze jedną uwagę. Głos, słyszany wczoraj, powiedział ci to, co mogłeś sam łatwo znaleźć w pierwszym lepszym katechizmie. Wyspowiadałoś się i zapewne nie odmówiono ci rozgrzeszenia. Teraz możesz zaprowadzić niejakie zmiany w twoim postępowaniu, ale nie widzę znowu potrzeby obarczania się niewczesnymi zgryzotami.
- Ach, mój przyjacielu - odpowiedział kawaler - kto raz słyszał głos umarłych, ten zapewne niedługo pobędzie między żyjącymi.
Zrozumiałem wówczas, że mój opiekun myśli o rychłej śmierci, że nabił sobie tym głowę, postanowiłem więc nie opuszczać go ani na chwilę.
Dostaliśmy się na mało uczęszczaną drogę, która biegła śród dzikiej okolicy i zawiodła nas do bramy klasztoru kamedułów. Kawaler zapłacił mulników i zadzwonił. Jakiś mnich pokazał się u furty, kawaler wymienił swoje nazwisko i prosił o pozwolenie przepędzenia kilku tygodni w tym schronieniu. Zaprowadzono nas do pustelni, położonej na końcu ogrodu, i oznajmiono za pomocą znaków, że dzwonek uprzedzi nas o godzinie wspólnego posiłku w refektarzu. W celi znaleźliśmy pobożne książki, którymi kawaler wyłącznie odtąd się zajmował. Co do mnie, zaznajomiłem się z pewnym kamedułą, który łowił ryby na wędkę, przyłączyłem się do niego i zatrudnienie to było jedyną moją rozrywką.