Ojciec mój, Ruiz Suarez, długo był posłuszny rodzicielskim rozkazom, ale liczne bankructwa, które nieoczekiwanie zmniejszyły ilość domów handlowych, zmusiły go do wejścia w stosunki z rodziną Moro. Wkrótce gorzko tego pożałował. Mówiłem ci, że mieliśmy pewien udział w spółce dzierżawiącej kopalnie w Potosi i tym sposobem otrzymując znaczną liczbę sztab srebra - zwykle wypłacaliśmy nimi nasze rachunki. W tym celu posiadaliśmy skrzynie, każda na sto funtów srebra, czyli wartości dwóch tysięcy siedmiuset pięćdziesięciu piastrów. Te skrzynie, z których kilka mogłeś jeszcze widzieć, okuto były żelazem i opatrzone ołowianymi plombami z cyfrą naszego domu. Każda skrzynia miała swój numer. Szły one do Indii, wracały do Europy, płynęły do Ameryki, a nikt ich nie otwierał i każdy z przyjemnością wypłatę nimi przyjmował; w samym nawet Madrycie doskonale je znano. Tymczasem jakiś kupiec, mając uskutecznić wypłatę domowi Moro, zaniósł cztery takie skrzynie do pierwszego buchaltera, który nie tylko że je otworzył, ale nadto kazał sprawdzić próbę srebra.
Gdy wieść o tak krzywdzącym postępowaniu doszła do Kadyksu, mój ojciec wpadł w niepohamowany gniew. Następną pocztą otrzymał wprawdzie list pełen usprawiedliwień: Antonio Moro, syn Rodryga, pisał mu, że dwór zawezwał go do Valladolid i że po powrocie dopiero dowiedział się o nierozsądnym postępku swego buchaltera, który będąc cudzoziemcem, niedawno przybyłym, nie miał jeszcze czasu poznać zwyczajów hiszpańskich. Ale ojciec bynajmniej nie poprzestał na tych usprawiedliwieniach. Zerwał wszelkie stosunki z domem Moro i umierając zakazał mi wdawać się z nimi w jakiekolwiek interesy.