Stanąwszy w stolicy, zatrzymałem się Pod Krzyżem Maltańskim. Południe wybiło i niebawem zastawiono mi stół do obiadu, następnie zacząłem rozkładać moje rzeczy, jak to zwykli czynić podróżni po wprowadzeniu się do nowego mieszkania. Nagle usłyszałem jakiś szmer przy zamku od drzwi. Podbiegłem i otworzyłem dosyć gwałtownie, ale opór, jakiego doznałem, przekonał mnie, że musiałem kogoś potrącić. W istocie, ujrzałem za drzwiami człowieka dość porządnie ubranego, który nos sobie z krwi ocierał.
- Senor don Lopez - rzekł mi nieznajomy - dowiedziałem się na dołe w gospodzie o przybyciu zacnego syna znakomitego Gaspara Suareza i przychodzi złożyć mu moje uszanowanie.
- Mój panie - odpowiedziałem - jeżeli po prostu miałeś wejść do mnie, byłbym otwierając nabił ci guza na czole, ale to odrapanie nosa dowodzi, że zapewne musiałoś go trzymać przy dziurce od klucza.
- Wyśmienicie - zawołał nieznajomy - podziwiam twoją przenikliwość! Nie mogę utaić, że pragnąc zaznajomić się z tobą, chciałem zawczasu powziąć niejakie wyobrażenie o twojej powierzchowności i byłem zachwycony na widok szlachetnej postawy, z jaką chodziłeś po pokoju i układałeś twoje rzeczy.
Po tych słowach nieznajomy, wcale nie proszony, wszedł do mnie i tak dalej mówił: