- Co do pierwszego - przerwał Toledo – pójdę natychmiast po lekarza mego brata, który jest jednym z najbieglejszych w Madrycie.
- Co do drugiego - dodał Busqueros - nic mu senor nie pomożesz, gdyż nie wrócisz życia jego ojca; względem zaś trzeciego, mogę zapewnić, że nie szczędzę zachodów, aby przyprowadzić ten zamiar do skutku.
- Jak to? - zawołałem. - Umarł ojciec don Lopeza?
- Tak jest - odpowiedział Busqueros - wnuk tego samego Ińiga Suareza, który, przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyksie. Chory miał się już daleko lepiej i wkrótce zapewne byłby zupełnie odzyskał siły, gdyby wiadomość o śmierci sprawcy jego życia nie była go powtórnie rzuciła na łoże. Ponieważ jednak senor - mówił dalej Busqu-eros, zwracając mowę do Toleda - szczerze zajmujesz się losem mego przyjaciela, pozwól, abym ci towarzyszył w wyszukaniu lekarza i zarazem ofiarował moje usługi.
Po tych słowach obaj wyszli, ja zaś sam zostałem przy chorym. Długo wpatrywałem się w blade jego oblicze, na które cierpienia w tak krótkim czasie w zmarszczkach wybiegły, i w duchu przeklinałem natręta, jako przyczynę wszystkich nieszczęść Suareza. Chory usnął, wstrzymywałem oddech, aby mimowolnym poruszeniem nie przerwać mu chwili spoczynku, gdy wtem zastukano do drzwi. Zniecierpliwiony wstałem i na palcach pomykając się ku drzwiom, poszedłem otworzyć. Spostrzegłem niemłodą już, ale nader przyjemnej postaci kobietę, która widząc, że kładę palec na ustach na znak milczenia, kazała mi, abym wyszedł do niej do sieni.