Wkrótce dziad mój Marańon także zapadł na zgniłą gorączkę. Chorował tylko przez pięć dni i czując się bliskim śmierci, zawołał mnie do siebie i rzekł:
- Błażeju, mój drogi Błażeju, chcę cię jeszcze ostatni raz pobłogosławić. Urodziłeś się z ojca uczonego, któremu oby niebo było mniej udzieliło tej nauki. Szczęściem dla ciebie, dziad twój jest człowiekiem prostym w wierze i uczynkach i wychował cię w tejże samej prostocie. Nie daj się obłąkać twemu ojcu, od kilku lat nie dba on wcale o religię i zdań jego powstydziłby się niejeden heretyk. Błażeju, nie ufaj mądrości ludzkiej; za kilka chwil ja będę mędrszym od wszystkich filozofów. Błażeju, błogosławię cię - umieram.
W istocie, mówiąc to wyzionął ducha.
Oddałem mu ostatnią posługę i wróciłem do mego ojca, którego od czterech dni nie widziałem. Tymczasem stary inwalida także umarł i bracia miłosierni zajęli się jego pogrzebem. Wiedziałem, że mój ojciec jest sam, i chciałem zaopiekować się nim, ale gdy wszedłem do niego, nadzwyczajny widok uderzył mój wzrok i zatrzymałem się w przedpokoju, zdjęty niewypowiedzianym uczuciem zgrozy.
Mój ojciec pozrzucał suknie i owinął się prześcieradłem na kształt całunu. Siedział, wpatrując się w zachodzące słońce. Przez dłuższy czas trwał w milczeniu, potem podniósł głos i rzekł: