Nagle zerwałem się: ujrzałem sześć wysokich świec woskowych zapalonych wokół ciała mego ojca i jakiegoś człowieka siedzącego naprzeciw mnie, który zdawał się oczekiwać chwili mego przebudzenia. Wygląd jego był wspaniały i majestatyczny. Wzrostu był wysokiego, włosy czarne, nieco kędzierzawe, spadały mu na czoło, wzrok miał bystry i przenikliwy, ale zarazem łagodny i przyciągający. Nosił na sobie krezę i szary płaszcz, podobne do tych, w jakie szlachta po wsiach się odziewa.
Nieznajomy spostrzegłszy, że się obudziłem, uśmiechnął się do mnie uprzejmie i rzekł:
- Synu mój - tak cię nazywam, traktuję cię bowiem, jak gdybyś już do mnie należał - Bóg i ludzie opuścili cię, a ziemia nie chce przyjąć do swego łona mędrca, który dał ci życie; wszelako my cię nigdy nie opuścimy.
- Mówisz, senor - odrzekłem - że Bóg i ludzie mnie opuścili. Co się tyczy tych ostatnich, masz słuszność, sądzę jednak, że Bóg nigdy nie może opuścić żadnego ze swoich stworzeń.
- Uwaga twoja pod pewnym względem nie jest bezzasadna - przerwał nieznajomy - kiedy indziej jaśniej ci to wytłumaczę. Tymczasem, ażebyś przekonał się, jak bardzo się tobą interesujemy, przyjmij tę kiesę z tysiącem pistolów. Młody człowiek powinien mieć namiętności i środki do ich zaspokajania. Nie oszczędzaj złota i licz zawsze na nas.
Po tych słowach nieznajomy klasnął w dłonie i sześciu zamaskowanych ludzi uniosło ciało Hervasa. Świece pogasły i ciemność znowu ogarnęła izbę. Nie pozostałem w niej dłużej; po omacku dotarłem do drzwi, wyszedłem na ulicę i dopiero ujrzawszy niebo zasiane gwiazdami, odetchnąłem swobodniej. Tysiąc pistolów, które czułem w kieszeni, niemało przyczyniło się do dodania mi odwagi. Przebiegłem Madryt i przybyłem na kraniec Prado, do zakątka, gdzie później postawiono olbrzymi posąg Cybeli. Tam położyłem się na ławce i wkrótce twardym snem zasnąłem.
Cygan, domówiwszy tych słów, prosił nas o pozwolenie odłożenia dalszego opowiadania na dzień następny i w istocie już go więcej tego dnia nie ujrzeliśmy.