Dzień piąty
Nazajutrz o świcie karawana gotowa była do pochodu...
Nazajutrz o świcie karawana gotowa była do pochodu. Zstąpiliśmy z gór i zeszliśmy w głębokie doliny, czyli raczej w przepaście, które zdawały się dosięgać wnętrzności ziemi. Przerywały one pasmo gór w tylu rozmaitych kierunkach, że niepodobieństwem było rozpoznać położenie lub cel, do którego zmierzaliśmy.
Postępowaliśmy tak przez sześć godzin i przybyliśmy do zwalisk opuszczonego miasta. Tam Zoto kazał nam zsiąść z koni i zaprowadziwszy mnie do studni, rzekł:
- Senor Alfonsie, racz spojrzeć w tę studnię i powiedz mi, co o niej sądzisz.
Odpowiedziałem, że widzę wodę i że sądzę, iż jest to zwykła studnia.
- Mylisz się - rzekł Zoto - jest to wejście do mego pałacu.
To mówiąc pochylił głowę nad otworem i wydał szczególny krzyk.
Na ten odgłos ujrzałem, jak deski wysuwają się z boku cembrowin, tworząc pomost na kilka stóp nad wodą. po czym uzbrojony człowiek wyszedł tym samym otworem, a za nim następny.
Gdy wydostali się na brzeg, Zoto rzekł do mnie:
- Senor Alfonsie, mam zaszczyt przedstawić ci dwóch moich braci: Cicia i Moma. Zapewne widziałeś ich powieszonych na szubienicy, ale to nie przeszkadza, że obaj są zdrowi i będą zawsze służyć na twoje rozkazy, są bowiem równie jak i ja w służbie i na żołdzie wielkiego szejka Gomelezów.