- Zuchwalcze, zapłacisz mi za twoje nikczemne zniewagi!
Don Krzysztof ujął za rękojeść szpady, ale spostrzegłszy na ziemi kawał kija, porwał go, uderzył w moją klingę i wytrącił mi szpadę z ręki. Następnie zbliżył się do mnie, porwał mnie za kark, zaniósł do rynsztoka i rzucił weń, podobnie jak poprzedniego dnia, ale jeszcze gwałtowniej, tak że przez dłuższą chwilę leżałem ogłuszony, nie wiedząc, co się ze mną dzieje.
Ktoś wziął mnie za rękę, żeby mnie podnieść; poznałem tego samego szlachcica, który polecił był unieść ciało mego ojca i dał mi tysiąc pistolów. Padłem mu do nóg, podniósł mnie z dobrocią i kazał, abym udał się za nim. Szliśmy w milczeniu i przybyliśmy do mostu na Manzanaresie, gdzie zastaliśmy dwa karę konie. Pół godziny galopowaliśmy wzdłuż rzeki, wreszcie stanęliśmy u wrót opuszczonego domu, którego drzwi same się przed nami poodmykały. Weszliśmy do pokoju wybitego ciemną szarszą i oświeconego srebrnymi świecznikami. Gdy zasiedliśmy w fotelach, nieznajomy tak do mnie przemówił:
- Senor Hervas, widzisz, jakie rzeczy dzieją się na tym świecie, którego urządzenie, szeroko podziwiane, nie odznacza się bynajmniej sprawiedliwym podziałem dóbr. Jednym natura dała osiemset funtów siły, drugim osiemdziesiąt. Na szczęście wynaleziono zdradę, która częściowo przywraca równowagę.