Wystaw sobie człowieka, którego duch i ciało zniewieściały w rozkoszach, nagle zagrożonego okropnościami długich męczarni. Zdawało mi się, że już doznaję boleści tortury. Włosy mi powstały na głowie, trwoga zdjęła członki, które odmówiły mi posłuszeństwa i zaczęły drgać konwulsyjnie.
Odźwierny wszedł do więzienia po Sparadoza, który odchodząc rzucił mi sztylet. Nie miałem siły go podnieść, a cóż dopiero, gdyby przyszło się nim przebić. Rozpacz moja do tego stopnia dobiegła, że sama śmierć nie byłaby mnie mogła uspokoić.
- Ach, Belialu! - zawołałem - Belialu, wiem dobrze, kim jesteś, a jednak cię przyzywam.
- Staję na twoje wezwanie - krzyknął duch nieczysty. - Weź ten sztylet, dobądź krwi z palca i podpisz papier, który ci podaję.
- O, mój aniele stróżu - zawołałem - więc już zupełnie mnie opuściłeś?
- Za późno go przyzywasz - wrzasnął szatan, zgrzytając zębami i buchając płomieniem. Zarazem wbił mi szpony w czoło.
Uczułem palący ból i zemdlałem, a raczej wpadłem w zachwycenie. Nagłe światło rozjaśniło lochy. Złotoskrzydły cherub pokazał mi zwierciadło i rzekł:
- Widzisz na twoim czole przewrócone Thau. Jest to znak potępienia. Dojrzysz go na czołach innych grzeszników, sprowadzisz dwunastu na drogę zbawienia i wtedy sam na nią powrócisz. Przywdziej ten ubiór pielgrzymi i chodź za mną!