Obudziłem się, czyli raczej miałem wrażenie, że się budzę; w istocie, nie znajdowałem się już w więzieniu, ale na drodze do Galicji. Strój pątniczy miałem na sobie.
Wkrótce spostrzegłem czeredę pielgrzymów idących do świętego Jakuba z Komposteli. Złączyłem się z nimi i obszedłem wszystkie miejsca święte w Hiszpanii. Chciałem przejść do Wioch i odwiedzić Loreto. Byłem wtedy w Asturii, obróciłem więc drogę przez Madryt. Przybywszy do tego miasta, poszedłem na Prado, chcąc odszukać dom pani Santarez. Jednakże nie odnalazłem go, choć rozpoznałem wszystkie sąsiednie domy. Dowiodło mi to, że jestem jeszcze pod władzą szatana. Nie śmiałem dalej prowadzić moich poszukiwań.
Zwiedziłem kilka kościołów, po czym udałem się do Buen Retiro. Nikogo nie zastałem w ogrodzie, prócz człowieka siedzącego na oddalonej ławce. Wielki krzyż maltański, wyszyty na jego płaszczu, oznajmił mi, że należy do starszyzny tego zakonu. Zdawał się dumać; siedział nieruchomo, pogrążony w marzeniach.
Gdy się zbliżyłem do niego, zdało mi się, że widzę pod jego nogami przepaść, w której twarz jego odbija się odwrotnie, jak to zdarza się siedzącym nad wodą. Przepaść jednak pełna była ognia.
Gdy postąpiłem kilka kroków naprzód, złudzenie znikło, ale przypatrzywszy się nieznajomemu spostrzegłem, że ma na czole przewrócone Thau, znak potępienia, jaki cherub pokazał mi w zwierciadle na moim własnym czole.
Gdy Cygan domawiał tych słów, jeden z jego bandy przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności, musiał więc rozłączyć się z nami.