Portrety seneszala i jego żony wisiały po obu stronach wielkiego komina, umieszczonego w rogu zbrojowni. Postacie wyglądały na nich jak żywe. Inne portrety były równie dobrze namalowane, każdy w stylu swojej epoki, wszelako żaden z nich nie był tak uderzający jak portret Foulque'a Taillefer. Obraz był naturalnej wielkości. Rycerz stał na nim w bawolim kaftanie, w jednej ręce trzymał szpadę, drugą zaś brał tarczę, którą mu podawał koniuszy. Większa część szpad wisiała misternie ułożona obok tego portretu.
Prosiłem murgrabiego, aby kazał zapalić ogień i przynieść mi wieczerzę.
- Zgoda co do wieczerzy - odpowiedział - ale co się tyczy noclegu, radziłbym ci, mój pielgrzymie, abyś przespał się raczej w moim pokoju.
Zapytałem go o powód tej ostrożności.
- Niepotrzebnie się pytasz - odparł murgrabia - zaufaj mi, każ sobie posłać obok mego łóżka.
Przystałem na jego propozycję z tym większą przyjemnością, że właśnie był piątek i lękałem się powrotu mego zjawiska.
Murgrabia wyszedł, aby zająć się wieczerzą, ja zaś zacząłem przypatrywać się broni i portretom, które, jak powiedziałem, wymalowano były z niesłychaną prawdą. Im bardziej dzień chylił się ku schyłkowi, tym więcej szaty, malowane ciemnymi barwami, zlewały się w jedno z mrocznym tłem obrazów, ogień tylko komina jaskrawo odznaczał twarze. Było w tym coś przerażającego, może zresztą dałem się zbyt unieść wyobraźni, stan bowiem sumienia utrzymywał mnie w ciągłej trwodze.