Murgrabia przyniósł mi wieczerzę, złożoną z półmiska pstrągów złowionych w sąsiednim potoku. Dano mi także flaszkę niezłego wina. Chciałem, żeby pustelnik usiadł z nami do stołu, ale ten żył tylko korzonkami, gotowanymi w wodzie.
Miałem zwyczaj codziennie odmawiać brewiarz, jak przystało na zakonnika, tym bardziej hiszpańskiego. Dobyłem więc książki i różańca; powiedziałem murgrabiemu, że ponieważ sen mnie jeszcze nie morzy, pomodlę się zatem w zbrojowni do późnej nocy, i prosiłem go, aby mi tylko wskazał mój pokój.
- Bardzo chętnie - odpowiedział - pustelnik przyjdzie o północy modlić się do kaplicy. Wtedy zejdziesz tymi małymi schodkami i nie będziesz mógł ominąć mego pokoju, którego drzwi zostawię otwarte. Pamiętaj tylko, abyś po północy tu nie zostawał.
Murgrabia wyszedł. Zacząłem się modlić, dorzucając od czasu do czasu drzewa na ogień. Nie śmiałem jednak zbyt przypatrywać się ścianom, portrety bowiem zdawały się ożywiać. Jeżeli przypadkiem spojrzałem na który, natychmiast zdawał mi się mrugać oczami i wykrzywiać usta. Zwłaszcza seneszal i jego żona, którzy wisieli po obu stronach komina, rzucali na mnie gniewne spojrzenia, po czym spoglądali po sobie. Nagłe uderzenie wiatru, który zatrząsł oknami tak, że broń na ścianie zagrzechotała, podwoiło moją trwogę. Wszelako nie przestawałem żarliwie się modlić.