Nie wiedząc, co począć, pochwyciłem pierwszą lepszą szpadę ze ściany i rzuciłem się na mego urojonego przeciwnika. Zdawało mi się nawet, żem go przeciął na dwoje, ale w tej samej chwili odebrałem cios pod sercem, który sparzył mnie jak rozpalone żelazo. Krew moja zalała posadzkę i padłem bez zmysłów.

Obudziłem się nazajutrz w pokoju murgrabiego, który widząc, że nie powracam, wziął święconej wody i przyszedł po mnie. Znalazł mnie rozciągniętego bez przytomności na podłodze. Spojrzałem na piersi, nie miałem żadnej rany, cios więc, który otrzymałem, był tylko przywidzeniem. Murgrabia o nic mnie nie pytał, ale radził, abym niezwłocznie opuścił zamek.

Poszedłem za jego radą i udałem się drogą do Hiszpanii. Po tygodniu stanąłem w Bayonne. Przybyłem tam w piątek i zamieszkałem w gospodzie. Śród nocy obudziłem się nagle i ujrzałem przed sobą miłościwego Taillefera, który składał się do mnie szpadą. Przeżegnałem się znakiem krzyża i widmo rozwiało się oparem. Wszelako uczułem taki sam cios, jaki otrzymałem w zamku Tete-Foulque. Zdawało mi się, że krew mnie zalewa, chciałem wołać o pomoc, uciec z łóżka, ale jedno i drugie było niemożliwe. Ta niewypowiedziana męczarnia trwała aż do pierwszego piania kogutów; wtedy zasnąłem, ale nazajutrz zdrowie moje było w stanie godnym politowania. Odtąd co piątek to samo widzenie się powtarza i żadne pobożne uczynki nie mogą go oddalić. Smutek mój spycha mnie do grobu; legnę w nim, zanim zdołam wydobyć się spod władzy szatana; słaby promyk nadziei w miłosierdziu boskim podtrzymuje mnie jeszcze i dodaje sił do znoszenia moich cierpień.

  WQXBYYM WQVJBBM WQYVZKM WQBBXPM WJJJYVM