Wkrótce nowy przedmiot podniecił jego ciekawość. Był to kociołek dość podobny do togo, w jakim przyprawiał swój atrament, ale daleko mniejszy i postawiony na żelaznym trójnogu. Lampy, palące się pod nim, utrzymywały ciągle umiarkowane ciepło. Niebawem przybyły dwa takie same kociołki.
Nazajutrz ojciec mój, wyszedłszy na balkon i powiedziawszy agur, otworzył usta chcąc zapytać się, co znaczą te kociołki, ale ponieważ nie miał zwyczaju mówienia, nic przeto nie rzekł i odszedł do siebie. Dręczony ciekawością postanowił posłać pannie Cimiento jeszcze jedną butelkę swego atramentu. W podzięce otrzymał trzy flaszki napełnione różnobarwnym atramentem: czerwonym, zielonym i niebieskim.
Wieczorem ojciec poszedł do księgarza Moreno. Zastał tam jakiegoś urzędnika z ministerium skarbu, który trzymał pod pachą ogólne sprawozdanie z rachunków kasy. W sprawozdaniu tym niektóre kolumny nakreślone były atramentem czerwonym, tytuły - niebieskim, linie zaś zielonym. Urzędnik dowodził, że sam jeden posiada tajemnicę sporządzania takich atramentów, i że nikt w mieście nie jest w stanie poszczycić się podobnymi. Na te słowa jakiś nieznajomy obrócił się do mego ojca i rzekł:
- Senor Avadoro, ty, który tak wyśmienicie fabrykujesz czarny atrament, miałżebyś nie znać sposobów sporządzania kolorowego?