Mój ojciec nie lubił, gdy go o co pytano, i z łatwością się mieszał. Otworzył jednak usta, aby odpowiedzieć, ale nic nie rzekł, gdyż wolał pobiec do siebie i przynieść flaszki do Morena. Obecni nie mogli dość wydziwić się doskonałości atramentów, urzędnik zaś prosił o pozwolenie wzięcia kilku próbek do domu. Ojciec, obsypany pochwałami, skrycie oddawał całą sławę pannie Cimiento, której nazwiska dotąd jeszcze nic? znał. Powróciwszy do siebie, otworzył książkę z przepisami i znalazł dwa na niebieski, trzy na zielony i siedem na czerwony. Tyle na raz przepisów pomieszało mu się w głowie, nie umiał zebrać dwóch myśli, piękne tylko ramiona sąsiadki żywo malowały się przed jego wyobraźnią. Uśpione jego zmysły ocknęły się i dały mu odczuć całą swoją potęgę.
Nazajutrz z rana, pozdrawiając obie sąsiadki, postanowił stanowczo dowiedzieć się o ich nazwisku, otworzył więc usta, aby je o to zapytać, ale znowu nic nie rzekł i wrócił do swego pokoju. Następnie wyszedł na balkon od ulicy Toledo, skąd spostrzegł człowieka dość przyzwoicie ubranego, trzymającego w ręku czarną butelkę. Zrozumiał, że jest to ktoś żądający atramentu, zamieszał więc w kotle, aby mu dać jak najlepszego. Kurek od kotła znajdował się na jednej trzeciej wysokości, tak że męty zostawały na spodzie. Nieznajomy wszedł, ale zamiast odejść, gdy ojciec napełnił mu już butelkę, postawił ją na stole, usiadł i prosił o pozwolenie wypalenia cygara. Ojciec chciał coś odpowiedzieć, ale nic nie rzekł, nieznajomy dobył więc z kieszeni cygara i zapalił je u lampy stojącej na stole.