Tak umarł człowiek, który nie przyniósł ze sobą na świat tego stopnia sił moralnych i fizycznych, jaki mógłby mu zapewnić przynajmniej przeciętną dzielność. Instynkt, że tak powiem, skłonił go do wybrania trybu życia stosownego do jego możliwości. Zginął, gdy go chciano rzucić w życie czynu.
Czas już, abym powrócił do własnych przygód. Skończyły się nareszcie dwa lata mojej pokuty. Trybunał inkwizycji za wstawiennictwem fra Geronimo pozwolił mi wrócić do własnego nazwiska pod warunkiem, że odbędę wyprawę na galerach maltańskich. Z radością przyjąłem ten rozkaz, spodziewając się, że spotkam komandora Toledo już nie jako służący, ale prawie jako równy.
Miałem już dosyć noszenia żebrackich łachmanów. Oporządziłem się zbytkownie, przymierzając stroje u ciotki Dalanosy, która umierała z zachwytu. Wyjechałem o wschodzie słońca, ażeby ukryć przed ciekawymi moją przemianę. Wsiadłem na okręt w Barcelonie i po krótkiej podróży przybyłem na Maltę. Spotkanie z kawalerem sprawiło mi większą przyjemność, aniżeli się spodziewałem. Toledo zapewnił mnie, że nigdy nie dał się omamić memu przebraniu i że zamierzał mi ofiarować swoją przyjaźń, jak tylko powrócę do pierwotnego stanu. Kawaler dowodził główną galerą, wziął mnie więc na swój pokład i krążyliśmy po morzu przez cztery miesiące, nie zaszkodziwszy wiele Berbery językom, którzy na lekkich statkach łatwo przed nami umykali.