Stan taki trwał przez przeszło rok. Widywałem księżniczkę w kościele, w Prado, odbierałem jej rozkazy na cały dzień, ale nigdy noga moja nie postała w jej domu. Pewnego dnia kazała mnie do siebie przywołać. Zastałem ją nad krosnami, otoczoną orszakiem służebnic. Wskazawszy mi krzesło, spojrzała na mnie wyniośle i rzekła:

- Senor Avadoro, ubliżyłabym pamięci mych przodków, których krew płynie w moich żyłach, gdybym nie użyła całej wziętości mojej rodziny do wynagrodzenia usług, jakie codziennie mi wyświadczasz. Wuj mój, książę Sorriente, uczynił mi też samą uwagę i ofiaruje ci miejsce pułkownika w pułku jego nazwiska. Spodziewam się, że nie odmówisz mu zaszczytu przyjęcia tej godności. Zastanów się.

- Pani - odpowiedziałem - połączyłem moją przyszłość z losem kawalera Toledo i nic pragnę innych godności oprócz tych, które on sam dla mnie otrzyma. Co zaś do przysług, jakie mam szczęście codziennie waszej książęcej mości wyświadczać, najsłodszą dla mnie nagrodą będzie pozwolenie, abym ich nie przerywał.

Księżniczka nic mi na to nie odrzekła, tylko lekkim skinieniem głowy dała znak, że mogę odejść.

W tydzień potem znowu przywołano mnie do dumnej księżniczki. Przyjęła mnie podobnie jak za pierwszym razem i rzekła:

  WJJBXYM WJXGGQM WJVKBKM WQQPZYM WQZYVJM