Odpowiedziałem, że zachowam mieszkanie naprzeciwko i czasami będę tam nocował.

Zastosowano się do woli księżniczki i przeniesiono dziecko. Postarałem się, aby je umieszczono w pokoju wychodzącym na ulicę i aby nie zamykano żaluzji. Gdy północ wybiła, podszedłem do okna. Spostrzegłem w pokoju naprzeciwko dziecko śpiące obok mamki. Kobieta w bieli pokazała się z lampą w ręku, zbliżyła do kolebki, długo spoglądała na dziecko, pobłogosławiła je, po czym stanęła w oknie i zaczęła patrzeć na mnie. Po chwili wyszła i ujrzałem światło na drugim piętrze, na koniec wydostała się na dach, lekko po nim przebiegła, przeskoczyła na sąsiedni i znikła mi z oczu.

Wyznaję, że mocno byłem tym wszystkim zmieszany. Nazajutrz z niecierpliwością oczekiwałem północy. Jak tylko wybiła, usiadłem w oknie. Wkrótce ujrzałem już nie kobietę w bieli, ale jakiegoś karła z siną twarzą, jedną nogą drewnianą i lampą w ręku. Zbliżył się do dziecka, bacznie mu się przyjrzał, a następnie podwinąwszy nogi usiadł w oknie i zaczął z uwagą mi się przypatrywać. Niebawem z okna zeskoczył albo raczej ześliznął się na ulicę i jął stukać do moich drzwi. Stojąc w oknie, zapytałem go, kim jest i czego żąda. Zamiast odpowiedzi rzekł:

  WQQZZVM WQYQKQM WQKYGBM WJJVBYM WQPXJVM