- Don Juanie Avadoro, weź szpadę i kapelusz i pójdź za mną.

Uczyniłem, co chciał, zszedłem na ulicę i ujrzałem karła o dwadzieścia kroków przede mną, kulejącego na swojej drewnianej nodze i pokazującego mi drogę latarnią. Uszedłszy około stu kroków, zboczył na lewo i wprowadził mnie w opuszczoną część miasta, która się ciągnęła między ulicą Retrada a rzeką Manzanares. Przeszliśmy pod sklepieniem i dostaliśmy się na patio zasadzone drzewami. Patio jest to podwórze, na które nie zajeżdżają powozy. W głębi podwórza znajdowała się w mała fasada gotycka, będąca jak gdyby bramą od jakiejś kaplicy. Zza kolumny pokazała się kobieta w bieli, karzeł oświecił latarnią moją twarz.

- To on! - zawołało zjawisko - on sam! mój mąż! mój najdroższy małżonek!

- Pani - odrzekłem - byłem przekonany, że umarłaś.

W istocie, była to Leonora, poznałem ją po dźwięku głosu, a bardziej jeszcze po namiętnych uściskach, których gwałtowność sprawiła, że nie zastanawiałem się nawet nad niezwykłością tego zdarzenia. Nie miałem na to zresztą czasu; Leonora wnet wyśliznęła się z moich objęć i zniknęła w ciemności. Nie wiedziałem, co z sobą począć; na szczęście karzeł ofiarował mi pomoc swojej latarni, udałem się za nim przez zwaliska i opuszczone ulice, gdy wtem nagle latarnia zagasła. Karzeł, którego przywoływałem, nie odpowiadał na moje krzyki; noc była zupełnie ciemna, postanowiłem położyć się na ziemi i doczekać dnia.

  WJVVKQM WJQJPYM WJZQZJM WQKXYKM WQGJPBM