Nazajutrz obiadowałem z księżniczką, księżną Sidonia i Toledem. Opowiedziałem im wczorajszą moją rozmowę. Sprawiła ona większe wrażenie na słuchaczach, aniżeli się spodziewałem. Toledo, który nie był już tak piękny i nie miał już dawnej ochoty do zalecanek, byłby chętnie próbował zadośćuczynić swojej chęci zaszczytów, ale na nieszczęście minister, na którego liczył, hrabia Oropesa, opuścił służbę. Rozmyślał przeto nad wyborem innej drogi. Powrót księcia Arcos ani też łaska, w jakiej tenże był u kardynała, wcale go nie cieszyły.
Księżna Sidonia z przerażeniem zdawała się oczekiwać chwili, w której zostanie dożywotniczką. Księżniczka Avila zaś, ile razy wspomniano o dworze lub łasce, przybierała jeszcze dumniejszy niż zwykle wyraz twarzy. W takich chwilach wyraźnie spostrzegałem, że nierówność stanów nawet śród poufałej przyjaźni daje się odczuwać.
W kilka dni potem, gdy obiadowaliśmy u księżnej Sidonii, koniuszy księcia Velasqueza zapowiedział nam odwiedziny swego pana. Książę był wówczas w kwiecie wieku. Twarz miał piękną, strój zaś francuski, którego nigdy nie chciał porzucić, korzystnie go od innych odznaczał. Wymowa także odróżniała go od Hiszpanów, którzy często prawie nic nie mówią i zapewne dlatego uciekają się do gitary i cygar. Velasquez, przeciwnie, swobodnie z jednego przedmiotu przechodził do drugiego i zawsze znajdował sposobność, aby powiedzieć naszym paniom jaką grzeczność.