Lettereo, śledząc ciągle statek wenecki, dostrzegł, że załoga jego składa się z kapitana, bosmana, sześciu marynarzy i jednego chłopca okrętowego. Nadto ujrzał, że marsel jest całkiem podarty i że spuszczono go do naprawy, statki bowiem kupieckie nie mają żagli do odmiany. Uczyniwszy te spostrzeżenia, włożył do szalupy osiem strzelb i tyleż szabel, przykrył wszystko wysmołowanym płótnem i postanowił czekać przyjaznej chwili.
Gdy się wypogodziło, marynarze weszli na marsreję, ażeby rozwinąć marsel, ale tak sobie niezręcznie w tym poczynali, że bosman, a następnie kapitan weszli za nimi. Natenczas Lettereo kazał spuścić szalupę na morze, wsiadł w nią cichaczem z siedmioma marynarzami i z tylu zaczepił o polakier. Widząc to kapitan stojący na rei zawołał:
- A larga ladron! a larga!
Wszelako Lettereo wziął go na cel, przyrzekając zabić każdego, kto okaże chęć zejścia na pokład. Kapitan, człowiek, jak się zdaje, odważny, nie zważając na groźbę, rzucił się między sznury. Lettereo zabił go w lot; kapitan wpadł w morze i już go więcej nie ujrzano. Marynarze zdali się na łaskę. Lettereo zostawił czterech ludzi, aby ich trzymali na celu, z trzema zaś zszedł w środek okrętu. W kajucie kapitana znalazł baryłkę taką, w jakiej przechowuje się oliwki, ale ponieważ była nieco ciężka i starannie obręczami obita, osądził więc, że może zawiera w sobie jakie ciekawsze przedmioty. Rozbił ją i z miłym zdziwieniem ujrzał zamiast oliwek kilka worków ze złotem. Poprzestał na tym i zatrąbił do odwrotu. Oddział wrócił na pokład, rozwinęliśmy żagle i mijając statek wenecki, krzyknęliśmy mu na wzgardę: