W długie potem zaciągi organowych basów uderzyło nagle gęste dreptanie mniszych chodaków. Wyraja się tych kapturów mnóstwo wielkie z podołtarzowej krypty, zda się, owiane tchnieniem trumien i zagłuszone w sobie szeptaniem pacierzy.
W kołacie i uroczystym rozruchu sadowią się mnichy po stallach.
Jeden z nich tylko zatrzymał się u wielkiej księgi graduału, w żółty blask świecy wychylił spod kaptura głowę jak z wosku, w onym wianku włosów na ciemieniu ni to w koronie cierniowej. Z opadłą powieką a boleściwym rozchyleniem warg czai się śpiewak przodowny na nutę organów, rozstawia dłonie braciom na baczenie, czeka z intonacją:
O fidelis anima! clama de profundis te terrenis fugito rebus et immundis.
I zawiał dłońmi niczym mewa białymi skrzydłami.
A!.-a!-a!-a!... A!-a!-a!... - biadają dusze czyśćcowe w mnichów lamentacji.
Wtórzył im rycerz piersi swych przyjękiem. Póki nie wytrzymał tego dłużej na sobie. Podjął głowę znad grobowej płyty i jął przypominać swe czyny chwalebne. Tym się wszakże i zmarłe obwołują z trumien: w onych tu napisach grobowcowych naokół. Nie z pychy czynią to zmarłe, przypominając się sprawiedliwości Bożej, lecz dla ulgi w męce czyśćcowej.
Przypominał tedy i on swe zasługi; odliczał je Bogu, jakby wypisując je na grobowcu swoim: