Grzmiały mu tak w piersiach i te ostatnie basy, które jakby w gniewu surowości ściszyć się nie mogą u stropu.

Zakonników chór, świątyni dusza i pobożność, rzekniesz, sama - oddaliły się stąd precz. Chłód barw niemych zaległ na ołtarzu u pogaszonych świec. W okrzepłości surowej lśnią kolumn kadłuby. Dym kadzideł sczołgał się ze schodów chóru i snuje się po nawach zwidem pokutujących dusz. Kostnicy sienią pod krzyżem ponurym zdał się i kościół sam - bez swej służby Bożej. Odeszły mnichy.

Jakby z onych trumien w piwnicy owiała pokutnika na płycie grobowej ta dusz czyśćcowych męka i łaska zarazem: nadzieja. Bo to z pierwszym poruszeniem ramion załopotała w nim skrzydłami nadziei ta myśl: "A może? - rok czasu wszak minął! rok długi! - może Parsifal tymczasem..."

Dopadł po raz trzeci żywego kamienia; oburącz ogarnia tę głowę w szołomie ciężką, jak gdyby ją z śmiertelnego posłania podźwignąć nieco chciał. I szepcze mu w usta same - pyta.

A po mrokach i ciemnicach fary ocknęły się jakby w żywych kamieniach dusze wszystkich pogrzebanych tu rycerzy. I trąci echo pustego kościoła organy tu wtóre, uderzy w basy ciszy grobowcowej:

"Znalazłeś?!"

Ledwie spostrzegli słuchacze, że tego pytania szloch i echo grały już tylko gęśle żonglera.

Grał. One w grobach kościołów trumniska grał - ni to dążeń człeczych łodzie rozbite - i mnichów pokutne nad nimi lamenty, za dusz czyśćcowych żale de profundis: życiowych zbłądzeń biady, nie odpartych immundis... Żywe kamienie grał w wiecznych schronach cisz, błędnych rycerzy na grobach frasobliwość wieczną i to mleko sił, ssane z ich piersi kamiennych, za żywą krew dążenia...

Gądł mężów tęsknice i tuhy, grał ducha człeczego wieczne nieukoje.

A gdy gęśle tym razem opadły, daremnie ludzie na słowo baczyli: żongler po czarkę swą sięgał i podstawiał ją pod dzban szczodrej pani. A przypomniawszy sobie słuchaczy, machnie ręką na izbę.

"Wracajcie do domów, romans już skończony."


  WQGJJBM WQQZPJM WQXZXJM WJJKXZM WQBKGBM