"Nie dasz groszy żaden sknera?!... Diabli wezmą bohatera! Już się śmierć na niego czai..."

Mieszczanie ze śmiechem, ich żonki z nadąsaniem dorzucą przecie coś niecoś do czapy.

I powieść gładko się dalej potoczy: "Że zaś po miastach skąpo, jak widać, jest wszędzie, na weselu tej panny wołu więc nie będzie! Ale dobra pieczeń zawszeć się usmaży..." I żongler o tej pieczeni długo, smacznie gwarzy.

Aż skończy i zbierze aplauzu oklaski.

I ten nie chybiał powołania joculatora: wypogadzał twarze, ścierał smutki z oblicza świata: z widnokręgów ludzi swoich.

Tak myślał goliard, snując się po rynku. I marząc pewnie w skrytości, by choć raz jeszcze, raz jeden bodaj tylko! - jak to dawniej bywało - móc stanąć przed zacnym gronem oświeconych. Tymi słowy powitałby ich z ukłonem od proga:

"Wędrowny poeta sercom szlachetnym cnej radości przysporzyć pragnie..."

"Witaj!" - odrzeką. "Salve!" - dodzwonią czarkami.

I posadzą u stołu, zasłuchają się w słowo, opuszczą w skupieniu oczy na swe brody poważne.

Ale nie było progu takiego w mieście całym. A czynił przecie wszystko, co trzeba: i na rynku się pokazywał, i na kanonię zachodził wykręcając szyję ku oknom wszystkim, i u studzien przystawał jak należy - z ramionami skrzyżowanymi na piersiach i gęsią zwisła w kułaku. Nie zbliżał się doń pachołek żaden, żaden nie doskakiwał biegacz z zaproszeniem do panów. Na rynku zgiełk tylko odpustowy, po ulicach cisze: ledwie mniszych chodaków gdzieniegdzie kołaty i te dzwonki a sygnaturki klasztorów dziesięciu - kłótliwe w zgiełkach tonów, nie zestrojone wcale w miasta górną nutę - jakby na zaświadczenie, że i życiu tu samemu brak wszelkiego zestroju na rejestrach wyższych.

  WQGVQQM WQKQQJM WQQVKJM WQBYKGM WJZJBZM