Goliardowe słowo spadało bo zawsze między ludzi jak młot, na wstrząśnienie myśli i serc oburzenie. Ale tego było dziś nad miarę wszelką! Żachną się zgodnie żonglerzy:

"Pychy nazbyt wiele ma w sobie ta żebraczka twoja."

"A znasz ty, laiku jeden i drugi, ostatnią tarczę oświeconych?!... Komy będę jak pies, przed czym mi dusza pokorę nakaże."

"Więc idź do kościoła."

"Pójdę!..."

Łzy chlupnęły znienacka w tej przekorze goliarda. I zatrzymały towarzyszy - kamrat bo z goliarda dobry zawsze bywa. Może by tak podzielić się z nim zarobkiem z piekarni? Że też w tym zatraconym mieście nie masz słuchaczów i dla poety!...

Ale spoglądali nań mimo to nieufnie - Muza, myślą, jest kochanką prostotliwych; niech klerk pilnuje damy Filozofii, gdy nie pilnował kościoła. Poeta bo oświecony na to tylko nieco barw życia w sztukę swą nagarnia, by niepokoje w sercach rozczyniać, ockniętą myśl porywać hardo na świata łady i dzierżce! Zacniejsza, Bogu i ludziom milsza jest nasza sztuka żonglerów: ciekawą mnogobarwność świata w piersi brać i głosić ochoczo każdemu, kto słuchać zechce; a więc nie po łacinie, oświeconym tylko, lecz mową i sercem pospólstwa... Błogosławiona niech będzie nasza dola wszelaka, skoro w torbie włóczęgi przynosi ludziom to rozsiewne uradowanie się życiu: opowieść!

  WJZPBBM WQPXXYM WJQGPXM WQZVKGM WQJJQZM