Lecz te racje swoje woleli nieufni żonglerzy zachować dla siebie. Odezwać się? Wiadomo: klerk mądry! - tylko pomyli czucia. Milczeli tedy upodobnieni sowom, które i są, i wolą być za dnia ślepe, bo jeszcze przyćmiewają oczy.

Postawszy tak czas jakiś z goliardem na ulicy, rozeszli się wreszcie w milczeniu - każdy za swojej igry koleją i losem.

Żonglery tedy między kobiety, które ich teraz rozchwytywały po wieczernikach. Kto gębę sprawował, gardła nie żałował: pił za długie posty! Piłby przezornie i za posty przyszłe, gdyby tu i ówdzie jaka pani grzeczna nie prosiła na lepsze wywczasy: do alkierza swego. Wypyszniał się tedy wagant i na bogatym łożu.

A i tam nawet żonglery zacne dopilnowywali sprawy kamrata, który dziś nic nie zarobił, bajać kobietom różności o Muzach i o goliardzie. Niejedna z kobiet jaki wiersz goliardowy o Amorze przypomniała sobie (trafiają bo się po grodach i oświecone Panie).

Urastały w honorze Muzy po alkierzach, a z nimi i poeta; ale na honorach dla nich zawsze się ponoć kończyło.

Goliard snuł się po ulicach grodu. Poniechanie jest gorzkie.

Bardzo gorzkie czasem. I żal życia, i żyć już nie wiadomo po co. Za każdym progiem, zda się, szczęście samo pieści ludzi miękką rączką, wagant jak pies bezdomny o próg każdy się ociera - i przeklina dolę swoją. Nie żeby głodny był znowuż tak bardzo, ile że... "Nie łkajże, człeku, na ulicy!"

  WQQJQYM WQVBQGM WQGPXQM WJVJKJM WJXPYYM