Te wszystkie racje oraz szanowne z nich tchnienie starych czasów ostudziły gniew panów. Więc niech goliard odszczeka ostatnie bodaj słowa.
Ale goliard niczego odszczekać nie chciał. Wszczęła się zwada. Niebawem nikt już nie słyszał się wzajem w tej wrzawie i nie rozumiał już wcale. Tu i owdzie zatrzaskiwały się ponuro przyłbic wizjery nad twarzami. Wpierano się w ziemię, mierżąc przeciwnika złym okiem spod larwy stalowej. Sapią - i czekają jak te koguty przypływu pasji ostatniej. Rzadko który okrzyknął się, jak trzeba:
"Wyzywamć!... Baczność miej!"
Najbardziej niepohamowanego miecza targnięcie się - od swej tarczy w górę - rozstrzygnęło wszystko. I rozległ się on łomot srogi w nacieraniu na się dwóch gromad.
Mieszczanie jakby ogłupieli nagle, zapatrzywszy się w ten rozruch na rynku ni to na dziwowisko odpustowe. Dopiero gdy krew bluzgnęła na kolczugi jasne i ktoś się tam zwalił z nóg z chrzęstem, rzekniesz, bezwładnym - jakby kto garść żelaziwa o ziem cisnął - dopiero wtedy zakołysał się tłum gwałtownie i wypadły z niego kobiety. Któraś z nich widziała krew, inna powalenie się pana, trzecia zaś, najdalej stojąca, usłyszawszy to wszystko, wrzaśnie piskiem przeraźliwym: "Zabili..." Wówczas jak stado gęsi w popłochu, z wielkim łopotem spódnic zaganiać jęły kobiety - to tu, to tam - wpadając w ulice na oślep i roznosząc po mieście te krzyki przeraźliwe: "Zabili!... Zabili!..."