Tym zamętem z ratusza wywołany wkroczył na rynek burmistrz z laską. Mało co baczy na rycerzy potyczkę, bo gniewają go przede wszystkim te nieporządki i trwogi roznoszone przez kobiety po mieście całym. Ku nim tedy kieruje swe spojrzenia srogie, Oto osoba tak otyła, jak pani płatnerzowa grodu, toczy się po rynku niczym beczka hałaśliwa i drze się o tego goliarda - za dziesięć młodych.
Nie masz bo w każdym grodzie bardziej przykrych niechęci niźli panów podstarzałych do kobiet już niemłodych. Do niej tedy doskoczy burmistrz z całą surowością i nakazem władzy:
"Cicho mi pani bądź! bo na ratusz wezmę... i czego się dobrodzika drzesz?!" - Gestem żaby rozczapirza dłonie i gębę przed babą tłustą.
"Takiego człowieka!... Takiego człowieka!..."
"Uspokój się pani: goliardowi nic się nie stało. Pewnie dlatego, że mu wisieć sądzono."
"Takiego człowieka!" - wysapuje kobieta w uspokojeniu swą alterację sprzed chwili.
"Jakiego znowuż t a k i e g o?" - wyżabia się przed nią burmistrz, każdym słowem akcentując jakby otyłość damy.
"Panie - przystępuje do niego z impetem - panie! człekże to w Salerno i Paryżu bywały, fizyki i lekarstw u mistrzów nauczony, w filozofii biegły, w dysputacji artista, a nade wszystko poeta! vel magus" - uprzystępnia żarliwie ostatnie słowo burmistrzowi, który nie był z oświeconych.