(Żongler wgadał był to wszystko w kobietę, zalecając jej kamrata swego.)
Jakoż burmistrz stropił się nagle, nie chcąc uchybić aby jakimś tam może ważnościom po dworach pańskich. A stropiony uraził się bardzo:
"My ludzie pracy! - rzeknie. - Uczty u nas skromne; wagantów na nie nie sprowadzamy... To jedno wiem tylko: płacą miastu i dziewki nierządne - od kapelusza. Zaś ta gołota darmo włazi i wyłazi z miasta. Tyle tylko, że straży u bram grodu swe sztuki pokazać muszą, czy je aby naprawdę umieją. A to nie jest podatek żaden!"
"Tam się zabijają na rynku, a on tu w myślach podatki z biedy ludzkiej żyłuje!" - oburzy się do głębi pani płatnerzowa.
I mimo tuszy, duchem snadź krzepka, potoczy się żwawo pod miecze nieomal same.
"Panowie! - rozkłada ramiona matrony - panowie, opamiętanie miejcie!... Nie tak się rozstrzyga sprzeczki o Muzy!"
Rad nierad burmistrz biec za nią musi: nie daj Boże, zasieką i babę na rynku.
"Gdzie też dobrodzikę ponosi, na miłosierdzie Boskie?! I jakie tam znowu Muzy komu w głowie? Panowie tu juszą o - s k o c z k ę p i ę k n ą."
I wysapał z brzucha ostatnią pasję na wszystko, co się od rana dziś w mieście dzieje:
"Owóż Muza, jaka nawiedziła dziś mieszczan i rycerzy! Tymczasem jeszcze - baczę - bez kapelusza."