Czuł goliard, że i w niego tu coś trafia; żachnie się tedy:
Kędyż więc pójdę? gdzie się podzieję? co tymi czasy uczynić z sobą mam?! gdy panowie duchownego i rycerskiego stanu stracili dziś doszczętnie serc swoich ciekawość bezkorzystną."
"Pluń tedy na ich korzyści - i chodź ze mną"
"Dokądże to?"
"Szukać Graala."
Goliard w zdumieniu aż w tył odstąpił bacząc zezem: czy gada doń człek przy zdrowych aby zmysłach? Widzi: bary jak u niedźwiedzia, że ta główka rycerza na nich maleńką się aż wydaje - właśnie jak u niedźwiedzia; oczy zaś równie małe, niczym w futrze tamtej bestii srogiej - i dobre; nie można powiedzieć inaczej: dobre! Odgaduje więc w nim raczej wielki upór myśli, przydatny żołnierzowi, niźli zmysłów niełady.
Odczuwa żołnierz w goliardzie wielki niestatek chęci wszelkich - jak to u poety - a wraz i chytrą przenikliwość klerka w jego spojrzeniu. Oto spod kaptura dobywa się baranim śmiechem ten szyd niepowściągnięty: "He, he! - graalowe szukanie!"
I przypatrują się sobie oczami tak odmiennymi.
Aż goliard przerwał to milczenie, trybem klerków, którzy od szyderstwa w oczach do mądrego odęcia się tak łatwo przechodzą.
"Wyczerpuje sam czas wierzenia człecze" - powiada pociągając dłońmi po wisiorach kaptura niczym po bokach brody.