"A teraz powiedz, mądry goliardzie: jakżebym nie miał zawierzyć opowieści żonglera? Krwią nabiegały mi oczy, gdym go słuchał w piekarni. Nie o mnież to? nie o mnie opowiada żongler? - biło mi wciąż w skroniach... A te żywe kamienie po kościołach teraz dopiero tłumaczyć mi się zaczęły swym duchem: leżą na grobach jak graalowe pątniki, które celu nie doszły, powalone w podrożu. Zaś ta na ich licach frasobliwość wieczna - żywe to wyrzuty sumień naszych: "Gdzie dążenia twoje?!" Obejdę wszystkie kościoły grodu, odszukam kamień taki i będę przed nim bił i bił czołem, aż chyba tę głowę nędzną roztrzaskam. Bo w jakież dosyty, w jakie zażywności, w jakie rozkosze ugrzązłem ja, bracie?! I w jaką pogardę dla się? A i w zbrodnię ponoć na pokojach królewskich? Im wyższe, im zażywniejsze te progi kochania, tym pewniej cudzą lub własną krwią zbroczyć je z czasem trzeba. A i mózgiem swym chyba. Bo o te progi łeb swój chyba rozbiję w pogardzie dla się! A dowiodła mnie do tego ta służba w straży: te dostatki, te piękne stroje, te kobiet bliskości nie ustające... Nie tak to za dobrej młodości bywało!... Ale gdy mi trzeci już koń padł (tu łzy zmąciły mu nagle słowa), gdy już trzeci koń pode mną padł w rycerstwie mym błędnym - a familia już więcej pieniędzy dawać nie chciała - wonczas w tej biedzie, w tej trosce bezradnej dałem się królowi do straży."