Świata i życia wielkie obietnice wabią ze wszystkich kramów na odpuście. Użycia tęsknice nagarniają w dusz cisze kupce i poety.
Mieszczanie tymczasem chmurzyli się u kramów spozierając spode łba na uklejnocone pazury obcego człeka, czy tu aby duszy swej w niebezpieczeństwo nie wiodą. Aliści już ich sidłały żony, uwisając u ramion i trzosów. Wszczynały się tedy targi. A choć się rzecz przez mężczyzn w powadze czyniła, chichotały kobiety - nie radością przecie, nie życia ochoczością nawet, lecz chciwości samej podłechtaniem.
Gdy w te szwargoty targów u kramu uderzy nagle bas organowy:
"Chle-ba!... Dla dominikanów chleba!..."
Daremnie klekotał naprzykrzony dzwonek torby, daremnie mnich czekał, żebrał i Pana Boga chwalił. Wreszcie, zgorszony ludzi skąpstwem, łokciami przepchał się do kramu. Przyjrzawszy się bacznie kupcowi, gorszy się jeszcze bardziej i ramieniem a palcem sprężonym, ni to włócznią, wprost w jego oczy mierzy.
"A rańtuch twój żółty z ramion - gdzie?!... Myślisz, nie poznając ludzie, coś za jeden, po grzechów twoich smrodzie, lewito?!... Włochatymi łapami w klejnotach czarować tu przyszedłeś chrześcijan jak ropuchami?!..."
Zadarł mnich głowę do góry, poziomo wystawia się ta jego broda miedziana u szyi.