Bardziej zbladł pono teraz i z większym cofnął się przerażeniem rycerz sam: gdzie królewski poufnik w sprawę się wmiesza, zawisa nad nią króla rękawica czerwona. A Żyd tymczasem:
"Wiele pieniędzy wysypał mi na stół pan z zamku. A sfukał mnie gębą i zgromił okiem, że śmiem przyjmować takie zastawy. Miecz rycerza, powiadał, od którego cenniejszy był tylko chyba oręż pana Lancelota samego." (Już Żyd wiedział, o czym opowiadano w piekarni - u nich bo wieści zawsze najprędsze.)
"Prawdę ty mi powtarzasz?!"
"Nie wierz mu, panie, nie wierz wcale!" - goliard aż wpół obejmuje nowego przyjaciela chcąc mu oszczędzić alteracji tak płonnej.
"Ty w siebie tylko wierzysz!" - odepchnie go rycerz cierpko.
I odwróciwszy się odeń, zapłacze w dłonie nad zaprzepaszczonego miecza ceną u ludzi. (Każdy rzewnie w to wierzy, co mu podchlebia.) A Żyd przypomina sobie oto nagle płaszcz i szatę, które mu był za cenę miecza odprzedał. Choć palcami tknąć ich teraz nie śmie, smakuje z daleka dotyki ich miękkie, mlaska językiem na kolory, chwali sobie swój towar niedawny:
"W taki strój kogo chcesz, ubierz, kobiety zjedzą go za cukier."
Szarpnął się teraz pan bardziej pono niźli Żyd przed mizerykordią w piersi. Że wywyższony podchlebstwem przed chwilą, tym głębiej odczuł zepchnięcie wraz potem urągliwe. Odtrąci od się bazyliszka cmokającego szeroką wargą.