Dźwigać się jęły ku górze te karki doziemne. I ta pełgaczy chmara, niczym szarańcza za żerem nieustannie podrywna, sprężać poczyna szyje ku wejrzeniu górnemu, by chociaż raz oderwać oczy od ochłapów na śmietniskach.

Takie jest dobrego słowa miłosierdzie.

I garną się z wdzięcznością pod ramiona braciszka tulą się do habitu jego. Dotyka brat dłonią białą te pełne wrzodów i jam oblicza.

"W obrzydłości pogrążeni, wskrześniecie z uśmiechem młodzieńców, a między chóry anielskie powiodą was za ręce najpiękniejsze panie!..."

Zatliwszy tak rojeń płomyki po duszach jak piekło ciemnych, aby płomień wiary w nich rozgorzał, przysłoni brat twarz swoją. I wymadla w dłonie on żal przed Przenajświętszą Panną na niepohamowanie gniewu Pańskiego, który smutkiem, nędzą, cierpieniem i wielkimi szkody ciała kara wciąż i wciąż!...

Udzielił się jakby ten smęt i rycerzowi stojącemu opodal. Owiał duszę tak mocno, że zdmuchnął mu w myślach nawet grozę miecza zawisłego nad nim. I oto zadumał się, już nie nad swoją, lecz nad człeczą dolą.

Napatrzył się w sukiennicach doznań pospólstwa i rozważa, że wszystko to razem byłoby jeno gnuśnymi targi i przetargi mieszczan, gdyby przypadek nie wwiódł między tłumy - ot, jakiegoś tam gładkiego lica pod róż wiankiem i wesołych oczu młodości dziewczęcej. I przybyło rojeniu się tu ludzkiemu gdyby skrzydeł lekkości, na których zakolebała się ludziom jakby ochota sama i radość życia serdeczna! Motyl jasnobarwny, rzekniesz - Psychy wysłannik, powiadają goliardy - zatrzepotał tu nad gnuśnymi głowami. I spalił się ćmą u pokusy pierwszego kramu... A z doli człeczych wyjrzały, jak te ohydne maszkary smutku: grzechów lęki, diabły, kar doczesnych pogrozy, trądy i śmierć sama.

  WQYVPQM WQZPJVM WQJYVPM WQPPGQM WJJQPZM