Huczą ulice wciąż. Zewsząd rozgiełk się niesie, jakby całe to miasto żyło jeno targiem nieustającym. Gromadami szpaków obwołują kupcy wciąż jedno, kołem. A gdy się w tych pokrzykach zwadzą, naszczekują na się jak te psy zza kramów. Krzyczą lekarze spod kościołów o ziół swoich mocy skutecznej; krzyczą cyruliki spod swego znaku nogi obciętej, zachwalają swe cęgi i noże; krzyczą klasztory prośbami kwestarzy; krzyczy Kościół obwoływaczami śmierci lub głosem zakrystianów w świąt następnych obwieszczaniu.
Niczym na bitwie skłębiają się ludzkie tłumowiska - "Pojrzyjcie!" a "Kupujcie!" - pod to hasło:
"Pieniądze", które rzuca raz po raz mieniacz znad ławy swojej. Zasię pod gołą ścianę kościółka znoszą, rzekniesz, rannych bitwy onej - tam pod ręką lekarza ten krzyk: "Ratunku!" bełkoce w ślinie i łzach ludzkich. Gdy opodal szumią pstrocizny szmatek niewieścich, wlokąc za sobą niejednych piersi zadławiony spazm: "Miłowania!..." A śród zamętów tej bitwy dnia powszedniego snuje się czarny obwoływacz śmierci z ostatnim krzykiem powalonych na zawsze: "Pacierza!..."
Tak to w mieście! Temu uczty przesyle i rzyganie w nadmiarach, temu śmierć pod jego progiem głodowa; temu śmiechy, radość i nadzieja, temu klątwy, rozpacz i głową o mur bicie; temu rozkosz w całowaniach pod ciche pieszczoty kochanki, temu ostatniego pacierza szeptanie pod wiatyku cichy dzwonek - a wszystkim zarówno jeden lęk a groza przed ona skoczka kościaną, która każdego z kolei poprosi w swój taniec śmierci.