"Nie tęsknijże, panie, tak strasznie, na Boga!"
"Od was to mam" - mruknie tęskliwiec ponury.
Ale goliard, który pilnie baczył na jego zachowanie się przed Żydem i lekarzem, odzyskał było tymczasem utraconą pewność klerka. Pociąga znów wisiory kaptura.
"Mdłe mamy serce dla żałośników. A i lekarz prawdziwie powiadał, że tęskliwiec tylko się znędznia przed życiem. Okpi go, wyszydzi i pognębi każda chytrość zimna. I odepchnie wreszcie precz życie nawet samo."
"O kimże ty to mówisz?! - Aż się w zdziwieniu rycerz na miejscu zatrzymał. - O mnie czy o sobie to powiadasz? Nie żyjeszże ty sam, człecze, zarojeniami tylko? Czyż nie wyszydza was za to powszechność cała?"
"My po zarojenia nasze garścią w życie nie sięgamy. Ani sięgać nie uczymy - jak to czynią żonglerzy, którzy lubią żyć w zgodzie z powszechnością."
"Wolę ja po stokroć gorące słowo żonglerów, które w życie wiedzie!"
"Wierzęć, panie! Jesteś wszak sam z nich cały: z żonglerów ducha. A wielu dziś takich na świecie."
Chciał był obruszyć się na to rycerz, ale spojrzawszy na goliarda, machnął tylko ręką wzgardliwie.
"Bliżsi nam przedsię będą zawsze ci, którzy z nami naszym sercem żyją - a nie klerki, nie poety."
"Doznaję tego w życiu swym."