I poszli dalej w milczeniu.
Tęskliwcowi każda, by najdrobniejsza, gorycz chwili a niepewność siebie samego zwraca niechybnie myśli ku kobiecie. Wróciła tedy na niego ta fala tęsknoty i objęła całkiem. Aż go z tego otępienia goliard pociąganiem za płaszcz cucić musiał.
"Panie, panie! - naglił go szeptem - nie krewny, to twój czasami: tamten, po drugiej stronie ulicy? Człek, widzę, zasobny."
"Chyba nie" - odrzekł jak ze snu, nie obejrzawszy się nawet uważnie za przechodniem onym.
"Chyba!... - podrzeźniał goliard, wielce podrażniony nagle tą niedokładnością. - Chyba'... No, tak czy nie: koniec końców?!"
A spojrzawszy na jego twarz markotną, na ten męt roztęsknionego wejrzenia w próżnię, wpadł oto goliard w ostatnią już pasję:
"Połknij, panie, z miejsca wszystko ziele, jakie ci dał lekarz, i przestań już raz myśleć o kobiecie."
Lecz on w nagłym napływie gniewu do głowy:
"Powiadaj, co ludzie o niej mówią!" - warknie głucho.
Goliard wzruszał ramionami. "W żonglerowych opowieściach lubowała się niegdyś pani - wie o tym miasto całe."
"I...?"
"My, igrce, pań świętych nie przysparzamy Kościołowi Bożemu."
Jak w ciemię uderzony opuścił rycerz głowę, tym najbardziej dociśnięty, że przed samym sobą upokorzeń. Wbiły mu się oczy w ziemię.