Z twarzą w dłoniach przypadł mnich do ziemi.
Na rynku tymczasem po nieszporach zatańczono znowuż. Te skoczne gromady wszelakiego ludu, w siwym zmierzchu dymami zasnute i naświetlone zwiewnymi wybłyskami płomieni, wydawały się zza szyb ludzi statecznych nieledwie zmorą wieczora, strzyg tajemniczym zlotem. Bo choć niby radosne te pląsy, w posuwiste reje snują się przy pochodniach, w ciężkich mieszczan upojenia lube.
Tylko rybałty czynią skoczne wyrwańce. Tylko mieszczka jaka, z mężatek mocno już podłechtanych szerokie swe stroje jeszcze bardziej poszerzy spódnic podjęciem i pod ona kupą ciężkiego szychu śmiga lekką jak u kozy nóżką - żakom pod nos niemal.
I kogo na rynku wonczas nie było! kto nie pląsał tą porą! - a sprośnie jak tamta żonka czyjaś. Różne bo stają się w chęciach swoich w czas odpustu i najzacniejsze panie! Osobliwie, gdy się nasłuchały wprzódy romansów po piekarniach. Bywają bo bardzo pochutne opowieści; a gdy panie szczodre, i najzacniejszy żongler niedługo będzie się wzbraniał, aby takiego romansu nie opowiedzieć z powagą - z powagą koniecznie i ze smutkiem na końcu - by nie stawać się jak ten gadkarz na rynku. Tylko że ta powaga i smutek nie udzielały się kobietom. Taka i przez komin przeleźć gotowa, gdy zielonymi oczyma rozmarzeń zapatrzy się w ognie tańca i swawoli miłosnej. Niczym kot o zmierzchu giętka, a od roztęsknień ciepła i cielista, pomyka się pod murami na miękkich stopach kocicy.