Rybałty, utrudzone popisami na rynku...


Rybałty, utrudzone popisami na rynku, ciężko zasiadały na ławach gospody, wdychając z lubością zapach zwilgłej kadzi, myszki i winnego wyszynku.

Piwnica była długa jak refektarz; jej strop beczkowy łamał się w łuki tuż nad głową, o ławy nieomal żebrami wsparty. W głębi zwisa ciemną czeluścią komora dymnika, pod nią na rożnie wołu byś upiekł. Tymczasem kury obsiadły krawędzi jego na górze. Opodal komina stoi beczka; w żółtym świetle śród dzbanów krząta się dziewka tłusta.

"Dobrze tu! - myśli goliard - kompania swoja, ciepło, wino obiecuje się smacznie."

Począł trzeć grzbietem o ścianę.

"Locus est genialis!"

I chwyciwszy gęślarza zapraszającego wciąż kamratów pobrzękiem franciszkańskiej szkatuły, sadza go przy sobie na ławie.

"Siądźże, napijże się, użyjże, człecze, choć raz czegoś więcej, prócz własnej ochoty! Boć, po staremu, chciwsze gardła wino sprzed nosa wypiją, zasobniejsze trzosy kobietę z ramion odbiorą, ksiądz twe grosze do skarbonki kościelnej przesypie, a ty zostaniesz pono zawsze - bosonóż i z gęsią pod pachą - byś wiedział, za co cię kanonik ze społeczności chrześcijan wytrąca, a franciszkanin za czarta samego bierze!"

"On z poczciwości! Duszę mi swoją z tą skarbonką oddał - za gędźbę piękną."

  WJVKGQM WJQPJXM WJQQJXM WQJBXKM WQZYJQM