"Boże, miej w pieczy królową! - powtórzcie jej niewiasty. I że mnich ani więcej myśli w głowie, ani śmiałości w gardle nie znajdzie przy niej. Próżno wzywać niemego."
Co ledwie rzekłszy wstrząśnie się gwałtownie: bo oto wszystkie gołębie sfrunęły nagle z ziemi i nuże garnąć się do murów kościoła, na figury święte: stanęła każda jak ten święty Franciszek w ptactwa chmurze.
Tymczasem psiarni pstrokatej sfora wbiega za ptactwa wiatrem aż na schody fary, a pod bicza klaśnięcie zawrócona zbija się w trzodę owiec. I biegnie truchtem u nóg końskich. Błyskają nad nią skrętne węże trąb u boku harcowników kraśnych. Ciągną dalej konne szeregi łuczników w kitowych czapach. Za nimi dopiero widać jasne stroje dworu.
Patrzy mnich: koń złotogłowiem jak tron nakryty, na nim okazała pani w szkarłatach; przy niej na koniu osoba duchowna. Stanęło serce mnicha na tę myśl radosną: "Królowa pani z biskupem!" I samo ubłożenie słania go na klęczki.
Przeszkodziły kobiety. "To dworska dama ze spowiednikiem dworu."
Ślepną mnisze oczy pod ten rozruch uroczysty i lśnienia naokół; ledwie w nich zaświeci w błękicie kształt niewiasty, smuklejszy od onych na murach kościoła; przy niej rycerz gronostajowego płaszcza rozrzutem osłania siebie i rumaka zarazem. "Król jegomość i pani!" - krzyknęła w mnichu pokora.