Żaki już się znaleźli pod stołem, by szczypać W łydki skoczków Dachowych, w capów skórę zaszytych, i drażnić słowem - że bydlęca. Aż się goliard za nimi ująć musiał:
"Nie o naszych ja przecie myślałem! Wszakże oni to dla sztuki mimusy tych dawnych. I nikomu na krzywdę, a sobie na zarobek poczciwy. Bo zważcie, żaki: nie natrząsali się nigdy nad dolą i niedolą człeczą satyrowie dzicy, radzi każdemu spod smętu życia wyłechtać jego własną ochotę, własnemu jego życiu na ulgę! Tak też i nasi czynią. I ich sztuka satyrów zacna, a z pradawniejszych piękności idzie niźli każda inna. Ich by na czoło igry wszelkiej, by zbodli ludziom wprzódy z grzbietów wszystkie pomstliwe brzemiona doli." Skoczka tymczasem pochyla nad jego łagiewką cynowe dzbanisko wina, przyciskając do swej na pół obnażonej piersi: z zadymionej cyny zdały się po równo, w złocistych połyskach światła. Jął głaskać dłonią te dwie obłe kruże: kobiecych piersi i dzbana.
"Od gorzkości dnia powszedniego chronią nas obie" - powiada żakom na pouczenie.
Zaś widząc, że od jego czarki kolejno wino nalewać zaczyna: że mu tak świadczy przy kamratach - nie bardzo snadź w to respektowanie wierząc - dorzuca dalej żakom ku nauce:
"Najbardziej zasię chronią nas od vulgarii dnia codziennego kobiecych świadczeń kłamstwa grzeczne, bowiem z nich rodzi się ornatio życia samego w obyczaju dwornym."