Dziwi się goliard obecności takiego pana w waganckiej gospodzie i jego zaczepności od pierwszego słowa. Więc zezem baczy na skoczkę. Ona żachnie się ramionami, chcąc tym pewnie powiedzieć, że go tu siłą przecie nie ściągała, komu zaś jej taniec nazbyt do głowy uderzył, sztuki to sprawa, a nie czyja. "Takie zaś gbury - dodaje - są zawsze najbardziej przylepne ze wszystkich zalotników, bo się w nich krew rusza na gnuśno: długo i cierpliwie. Więc czekają z łapą na mieszku pełnym."
"Ciszej mów!..." - zgrzytnie goliard. I przytwierdzi ten nakaz białkami oczu. By za chwilę twarz poczerwieniałą oburącz przysłonić.
"Ach, ty" - szepce doń skoczka grubą pieszczotą.
I zwinnym rzutem wgarnie mu się w ramiona - całym ciałem, bo i nogi jego nogami jakoś oplata, powojem osnuwa, wtula się w pierś, przyhołubia... I sączy mu w usta jeden pocałunek bez końca - by nie miał ni czasu, ni mocy do rozmyślań nad tym, co się między nią i heroldem przytrafi.
Gwałtowne poszczęki ostróg i miecza dały się nagle słyszeć od stołka przy beczce. Ledwie to usłyszy skoczka, a ręce jej jakby coś targnęły przed sobą.
Jam wolna! - krzyknie w stronę herolda. A słyszeć się to dało niczym jastrzębia głos po lesie: w tak ostre echa rozbijał się jej bas w pisku kobiecej pasji. - my tu wszyscy ludzie wolne!..."