Goliard tymczasem swarzył się o coś ze skoczką. "Gdym ci taka niepoczciwa, to za co mnie lubisz?"
Nie znalazł odpowiedzi, choć po nią trzy razy do czarki zaglądał - a głęboko. Aż mu ją odjęła sprzed ust.
"Za com ci luba?" - nastaje uparcie.
Patrzy goliard na te dzikie płomyki czarnych włosów gdzieś koło ucha, na te kędziorki i kosmyki wicherkowe pod uchem na śniadej szyi.
"Veneris tentoria res est amatoria - znalazł wreszcie odpowiedź - a nie było takiego magistra, który by kogo nauczył, co by mu się, miarą rozumu, podobać winno w kobiecie. Prócz cnoty, prócz cnoty oczywiście, którą Kościół kochać nam każe."
"Gdym ci zawsze taka niepoczciwa była, to czemu składałeś na mnie one wiersze, którymi delektują się po świecie i biskupy?... Niech ci przypomną żaki!" - dorzuci z hardym wyzwaniem.
Żaków tylko tym trąć: już wyskakiwali z ław, by skłóconymi takty, jeden przez drugiego odbębniać wiersze jakoweś. Nic z tego rozgardiaszu wysłuchać nie można, ledwie to jedno zdanie wyrwie się zgodnych chórem: "Nympha non est formae tantae..."
"Silentium!" - huknie na nich goliard, właśnie jak ten mnich na żaki. I pocznie czochrać się po kapturze, wyciągać dłońmi jego wisiory, zły na tę ohydę, jaką uczyniły żaki z wiersza jego.